Kochanie, nie musisz się odchudzać

Czytam sobie ostatnio trochę więcej Galantej Lali, na przykład o tym, że będąc grubasami, mimo obowiązujących podwójnych standardów, wcale nie mamy obowiązku dietować całe życie. I łapię się na tym, że mimo szczęśliwego uniknięcia wszystkich Dukanów i innych kopenhaskich wynalazków, nie udało mi się uciec od bycia na diecie przez praktycznie całe studia i katowania się treningami biegowymi przez 7 dni w tygodniu („tylko” przez kilka miesięcy, zanim rozłożyły mnie kontuzje). Nie zrozumcie mnie źle – bynajmniej nie uważam tych dążeń do uzyskania (dotąd nieosiągalnej) szczupłej sylwetki za czas i energię straconą. Terapia dietetyczna wniosła do mojego życia wiele korzyści, podobnie jak regularne ćwiczenia. Ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że większość moich mieszczących się w normie BMI znajomych nie musiała przechodzić takiej drogi. I wiem, że większość grubasek i grubasków przez tę lub podobną drogę przeszło, a przynajmniej się o nią otarli.

weight-loss-2036969_1280

Będąc grubym człowiekiem, przez całe życie możemy przejść z dzwoniącą nam raz po raz z tyłu głowy informacją, że przecież na okrągło powinniśmy i powinnyśmy być na diecie. W restauracjach, w sklepach, ba! podczas spaceru ulicą czy nawet jazdy tramwajem widzę swoje odbicie w szybach i witrynach i myślę o tym, że mój brzuch czy moje ramiona nie wyglądają tak, jak powinny, tak, jak bym chciała, czy tak, jak kiedyś, gdy byłam świeżo po zrzuceniu 10 kilogramów. Wciąż żyję ze świadomością, że coś jest z moim ciałem nie tak, że mimo regularnych badań i dobrych wyników, myślenia (czasem niemal obsesyjnego) o jedzeniu i znajdowania czasu na wysiłek fizyczny, niedostatecznie dbam o swoje zdrowie. Przypominają mi o tym ciastka w sklepie, sok w lodówce i ciuchy w sieciówkach.

Bo powyżej rozmiaru 38 zaczyna się dla ludzi inne życie. Życie, w którym muszę i powinnam, w którym jest za mało trzymania się w ryzach i silnej woli, a za dużo bycia człowiekiem i pozwalania sobie na słabości. I tak, istnieją osoby, które i w rozmiarze 34 będą obsesyjnie myślały o jedzeniu i nieistniejących fałdkach na brzuchu. Tyle że takim osobom mówi się, że są to objawy chorobowe i zachęca się je do akceptacji własnego ciała, podczas gdy grubasom pozostaje zaakceptować raz i na całe życie stan, w którym ciągle jest z nimi coś nie tak.

Do tego wpisu zainspirowała mnie rozmowa dwojga moich znajomych, ona i on, szczęśliwy związek. I jego z troską, pocieszającym tonem wypowiedziane

Kochanie, nie musisz się odchudzać.

…„nie jest z tobą tak źle; no co ty, nie jesteś gruba”. Czy naprawdę dla tej dziewczyny powinno mieć znaczenie, że ktoś, nawet najbliższa osoba, jest lub nie jest skłonny/a opisać ją takim a nie innym przymiotnikiem? Chciałabym żyć w świecie, w którym „powinnam” coś zrobić ze swoim zdrowiem czy ciałem wówczas, gdy sama tak uznam i sama będę tego chciała po konsultacji z lekarzem lub bez niej. Chciałabym, by nikt nie „musiał” się odchudzać z tego powodu, że producent takiej czy innej marki odzieżowej wymyślił sobie, że będzie sprzedawał ubrania tylko do rozmiaru 42. Chciałabym, by „gruba” nie obligowało nikogo do dostosowania się do społecznych norm i walki o akceptację, a innym nie dawało prawa do decydowania za kogoś o jego/jej zdrowiu i ciele. W świecie, w którym cudze „nie musisz, nie powinnaś” nie będzie nikogo zniechęcało do dbania o swoje zdrowie. W którym nie będę się czuć winna, że moje ciało wygląda tak, jak wygląda.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s